
Powiedział mi kiedyś ojciec: „Tak mało mi jadasz, że chyba nie zostaniesz kowalem”. A ja mu na to: „Tato, będę kowalem”. I danego słowa dotrzymałem - mówi nam Franciszek Kopeć z Mórkowa.
U kowala czarna robota, u kowala młode czerwienie, u kowala rzadka sobota, płomienie – śpiewał kiedyś zespół Dwa Plus Jeden. Tylko, że kowal z piosenki żył samotnie, a u Franciszka Kopcia z Mórkowa, gm. Lipno, ciągle coś się dzieje. Przychodzą jeszcze rolnicy, by wyostrzyć lemiesze do pługa. Bywa, że zadzwoni góral z Zakopanego, który potrzebuje jakiegoś narzędzia.
– Bo górale są dobrymi rzemieślnikami, ale narzędzi robić nie potrafią. Są też tacy, którzy nigdy w życiu nie wykują podkowy – śmieje się Franciszek Kopeć.
Jako kowal znany jest nie tylko w okolicy. Niedawno zdobył drugą nagrodę w XIII Konkursie Kowali Polskich w Wojciechowie, w woj. lubelskim.
Niemiecki hełm
Jedyny w gminie Lipno kowal pierwsze szlify w rzemiośle zdobywał u swojego ojca.
– Tatuś był samoukiem – mówi o nim pieszczotliwie. – Miałem dziewięcioro rodzeństwa, ale tylko mnie ciągnęło do kowalstwa. Pamiętam, jak ojciec powiedział mi kiedyś: „Tak mało mi jadasz, że chyba nie zostaniesz kowalem”. A ja mu na to odpowiedziałem: „Tato, będę kowalem”. I słowa dotrzymałem.
Zawodu uczył się u mistrza Jana Kicińskiego w Śmiglu, dokąd jego rodzice przeprowadzili się spod Krakowa. Później przez półtora roku pracował jako czeladnik w jego zakładzie. Los rzucił go również do lubińskiej kopalni. W końcu kupił dom w Mórkowie. Mimo problemów ze zdrowiem nie w smak było mu rezygnować z ukochanego rzemiosła. W znajdującym się obok domu pomieszczeniu gospodarczym urządził kuźnię, w której centralne miejscem zajmuje oczywiście kowadło. Obok jest elektryczny młot kowalski, a na nim… niemiecki hełm.
– Ten hełm wypatrzyłem kiedyś, wracając pociągiem z Nowej Soli do Leszna. Po drodze skład na chwilę się zatrzymał. W polu zobaczyłem stracha na wróble, który miał na głowie właśnie ten hełm. Tak mi się ten hełm spodobał, że postanowiłem go zabrać ze sobą – wspomina mieszkaniec Mórkowa.
Bruderszaft z ministrem
Jak przyznaje, trudne czasy przyszły dla kowalstwa w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Przetrwali jedynie najlepsi rzemieślnicy oraz ci, którzy w porę zdążyli się przekwalifikować, stawiając na kowalstwo artystyczne. Pan Franciszek zajął się nie tylko wykuwaniem i ostrzeniem różnego rodzaju narzędzi. W okolicy można też zobaczyć wykonane przez niego balustrady, płoty czy furtki. Od kilkunastu lat jeździ na ogólnopolskie spotkania kowali do Wojciechowa w woj. lubelskim. To właśnie tam miał okazję wypić bruderszafta z ówczesnym ministrem kultury i sztuki Zdzisławem Podkańskim.
– Rzucił nam pytanie, by zagaić rozmowę: „Czy wiecie, że w Pacanowie Kozy kują?” Na co mu odpowiedziałem: „A Mordy jeszcze lepiej”. I ucięliśmy sobie pogawędkę o rodach kowali noszących nazwiska Koza oraz Mordy, przy czym tłumaczyłem mu żartobliwie, dlaczego ród Mordów jeszcze lepiej zna się na kowalstwie – wspomina Franciszek Kopeć.
ANNA MAĆKOWIAK /fot.S.Skrobała
Od ubiegłego roku Franciszek Kopeć organizuje w swoim gospodarstwie warsztaty dla kowali oraz pasjonatów kowalstwa. Gościli u niego nie tylko ludzie, którzy na co dzień uprawiają ten zawód, lecz nawet lekarz i marynarz, którzy kowalstwo traktują jako hobby. Jako „pracę dyplomową” na zakończenie warsztatów wszyscy musieli wykonać po dwa gwoździe. Dla części uczestników było to nie lada wyzwanie. W tym roku pod koniec sierpnia odbędą się kolejne takie warsztaty. W gospodarstwie pana Franciszka po raz kolejny „wyrośnie” miasteczko namiotowe. Po zakończeniu warsztatów, na które zgłaszają się ludzie niemal z całej Polski, mistrz zabierze swoich uczniów na IX Ogólnopolski Festiwal Starych Ciągników i Maszyn Rolniczych w Wilkowicach (zaplanowano go na 28 i 29 sierpnia), gdzie jak co roku będzie prezentował swoje umiejętności i wykuwał pamiątkowe podkowy.
Dodaj artykuł do: