Reportaż Drukuj Email
Nasi pod Grunwaldem
12.08.2010.
ImageNawoływania dowódców, szczęk broni, huk armat, jęki rannych… Nad polem bitwy unosi się kurz wzniecany przez setki końskich kopyt i piechurów. Słońce praży jak nigdy...

 

...rozgrzewając lśniące rycerskie zbroje. Nad kłębowiskiem ludzi, koni i pobłyskujących złowrogo mieczy łopoczą różnokolorowe chorągwie. Napięte do ostateczności nerwy rycerzy karzą zapomnieć o upale i kurzu wdzierającym się pod stalowe hełmy.

Zalane potem twarze wykrzywione są w grymasie determinacji, palce kurczowo zaciskają się na rękojeściach mieczy, a omdlałe z wysiłku ręce siłą woli unoszą się, by zadać kolejny cios. Trwa największa bitwa średniowiecznej Europy. Bitwa pod Grunwaldem.

A w obozie życie płynie

Na pola grunwaldzkie rycerze ściągają już tydzień przed bitwą. Ciągną wraz z nimi giermkowie, białogłowy i konie. Wkrótce całe hektary ziemi pokrywają się lasem namiotów, zagrodami dla zwierząt, drewnianymi ławami zastawionymi wszelkim jadłem. Wieczorami niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie zapalają się ogniska.

– Jest dokładnie tak, jak w średniowieczu. Śpimy na siennikach, gotujemy na ogniskach – mówi Fryderyk Leciej z Bractwa Rycerskiego Kasztelanii Krzywińskiej, który pod Grunwaldem walczył jako krzyżacki artylerzysta. – Życie obozowe rządzi się twardymi regułami. Obowiązków nie brakuje: ktoś musi pełnić wartę, przygotowywać posiłki, zadbać o broń. Tu nie ma miejsca na samowolę, trzeba podporządkować się rozkazom.

Mniej wierna średniowiecznym obyczajom jest jednak sfera higieny. Współczesny grunwaldzki rycerz ma do dyspozycji przenośne toalety, umywalki i prysznice. Niektórzy wolą jednak własne rozwiązania.

– W obozie miałem swój prywatny prysznic. Zrobiłem go z drewnianego stelaża i zasłonki. Za takim parawanem polewałem się z garnka wodą podgrzaną na słońcu – wspomina ze śmiechem Wiesław Wojciechowski z Wilkowic, pod Grunwaldem konny rycerz zakonu krzyżackiego.

Każda chorągiew przed lub po bitwie urządza ucztę. Drewniane stoły uginają się od jadła wystawionego w glinianych lub cynowych misach i napitku w pucharach. Oświetlają je świece oraz księżyc. Toastom, śpiewom, żartom nie ma końca, czasem przygrywa też jakaś kapela. Ucztowanie kończy się nierzadko wraz ze wschodem słońca, kiedy zmęczeni biesiadą rycerze myślą już tylko o odpoczynku, choćby przez dwie, trzy godziny.

To tylko historia

Sama bitwa to ciężka harówka. No bo najpierw musi być… próba. Wszyscy stawiają się na polu w pełnym rynsztunku, z bronią gotową do walki. Dopiero przećwiczywszy wszystko, mogą ruszyć do prawdziwego boju.

– Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Dlatego nie wolno uderzać sztychem, czyli zadawać ciosów kłutych, uderzać można jedynie bokiem mieczem o miecz – tłumaczy Wiesław Wojciechowski.

Bitwa nie byłaby wierną swej wielkiej legendzie, gdyby nie słynny podarunek wielkiego mistrza krzyżackiego dla polskiego króla Władysława Jagiełły. Wiesław Wojciechowski, jako jeden ze świetniejszych zakonnych rycerzy, jechał w orszaku niosącym polskiemu władcy dwa nagie miecze. Król Władysław przyjmował poselstwo siedząc na koniu, a że nie bardzo radzi sobie z jazdą konną, zwierzę trzymało za uzdy dwóch giermków. Sam rycerz rodem z Wilkowic, na dwa dni przed bitwą, podczas tzw. wici grunwaldzkich o mało nie spadł ze swego wierzchowca. Upał sprawił, że poczuł się źle. Na szczęście towarzysze broni pomogli mu zdjąć hełm i rękawice. Nieco lepiej mieli piechurzy i artyleria, oni nie byli zakuci w stalowe zbroje.

Hołd triumfatorów

Zawsze cieszę się w duchu, że krzyżacy przegrywają – wyjawia Wiesław Wojciechowski.

Rycerze i białogłowy z Gostyńskiego Towarzystwa Historycznego tegoroczny triumf postanowili przypieczętować w szczególny sposób. Udali się w uroczystym orszaku do kościoła Borku Wielkopolskim na Zdzieżu, by przed głównym ołtarzem złożyć zdobyczne chorągwie krzyżackie. Chorągwie były po prawdzie wcale nie zdobyczne, a wypożyczone, lecz uroczystość wypadła pięknie i ma być powtarzana co roku.

– Przekazy źródłowe mówią, że pod Grunwald wyruszyło z ziemi boreckiej osiem osób. Nie wiadomo, ilu wróciło, ale ci którzy dotarli w rodzinne strony, przywieźli krzyżackie chorągwie. W podzięce za zwycięstwo złożyli je u stóp ołtarza. Chcieliśmy przypomnieć to wydarzenie i zapoczątkować nową tradycję – wyjaśnia Maciej Knapkiewicz, członek Gostyńskiego Towarzystwa Historycznego.

Dziś próżno już szukać w zdzieżskim kościele choćby śladów po łupach przywiezionych spod Grunwaldu. Zaledwie 13 lat po tym wydarzeniu świątynia doszczętnie spłonęła. Na jej miejscu postawiono nową, a potem kolejną i tylko pamięć o triumfie sprzed wieków pozostała.

ANNA SZKLARSKA-MELLER

Dodaj artykuł do:



RSS komentarzy

Napisz komentarz

Komentarze naruszające netykietę i regulamin portalu będą usuwane. Przeczytaj nasz regulamin

Imię:
Tytuł:
Komentarz:



Kod antyspamowy:*CAPTCHA Image
[ Inny obrazek ]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Aktualności

Sonda

Przez mrozy:
Advertisement

KUP E-WYDANIE NASZEGO TYGODNIKA!

Image

DODATEK ROLNICTWO

Image

Copyright © 2005 - 2011 Panorama Leszczyńska        Opracowanie strony: NewsNet        Grafika: webSylium                                 Serwer: Logo EasyWWW