
Gdyby hipokryzję można było eksportować, Polska byłaby gospodarczą
potęgą. Zakłamanie obok zawiści i nietolerancji, to nasza specjalność
narodowa.
Oglądałem dzisiejsze wydarzenia z Sądu Najwyższego i sprzed Pałacu Prezydenckiego z poczuciem głębokiego niesmaku i zażenowania. Mentalni talibowie obnażyli słabość naszego państwa. Pokazali, że rację ma u nas ten, kto krzyczy najgłośniej, a obłęd w oczach znaczy więcej niż racjonalne argumenty. Na szczęście świat się tymi wydarzeniami nie zainteresował. Gdyby było inaczej, do niesmaku i zażenowania dołączyłby jeszcze wstyd. Ten sam, który czułem, gdy Tusk z Kaczyńskim kłócili się o krzesła, a Kwaśniewski zataczał w Charkowie.
W całej tej awanturze nie chodzi o obronę symbolu wiary, bo nie jest on w Polsce zagrożony. To konflikt czysto polityczny, wykreowany przez polityków i sympatyków Radia Maryja, którzy w cyniczny sposób wykorzystują tragedię smoleńską do doraźnej walki politycznej, choć jeszcze niedawno deklarowali, że nie będą tego robić. Słusznie powiedział biskup Pieronek, że to walka krzyżem przeciwko krzyżowi. Ci, którzy uważają się za obrońców Kościoła wyrządzają mu krzywdę, przyprawiając ludziom wierzącym gębę fanatyków i oszołomów.
Zresztą hipokryzja towarzyszy sprawie tragedii smoleńskiej od samego początku. Przed feralnym lotem, Lech Kaczyński był dla znakomitej większości Polaków najgorszym prezydentem w historii, dołującym w sondażach politykiem, zakompleksionym kartoflem i chodzącą sumą lapsusów. W kilka minut po katastrofie stał się bohaterem narodowym, prawdziwym mężem stanu, wybitnym prawnikiem i (sic!) męczennikiem…
Zbiorowy lament, który potem nastał był kwintesencją obłudy. Rozpędzona w emocjach tłuszcza nie myśli, więc jej wybaczyłem. Dużo trudniej zniosłem dudnienie wyzierające z głośników telewizorów, gdy dziennikarze zbiorowo bili się w pierś żałując, że wcześniej krytykowali zmarłego prezydenta. Pochówek na Wawelu dopełnił całości. Dla ludzi o zdrowych zmysłach, był to ewidentny gwałt na historii i zdrowym rozsądku. Biorąc pod uwagę prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, mogiła w Alei Zasłużonych na Powązkach byłaby nobilitacją…
Himalaje oportunizmu pokazała też kampania wyborcza. I nie chodzi tu nawet o obietnice gruszek na wierzbie, ale o perfidne oszustwo polegające na przekonywaniu Polaków, że jest się kimś innym niż w rzeczywistości. Kandydaci zapewniali, że Polska jest najważniejsza, a zgoda buduje. Ściskali sobie dłonie, deklarowali zakończenie wojny polsko-polskiej i mówili o woli współpracy po wyborach. Dziś dają temu świadectwo…
Jarosław Kaczyński szybko zrzucił maskę polityka koncyliacyjnego i obrócił w pył ciężką pracę spin doktorów, którzy kreowali go na stabilnego emocjonalnie polityka. Zaczął znowu strzykać jadem, wietrzyć spiski, układy i siać nienawiść. Podobnie uczynił Janusz Palikot, cynicznie przyznając, że jego metamorfoza była tylko grą polityczną. Z piwnicy wyskoczyli ci, którzy uprawiają politykę przez konflikt, a z przeciwników politycznych robią okupantów. W efekcie zamiast zakopywać podziały, kopią nowe okopy.
Oczywiście hipokryzja, to nie tylko domena opozycji. Rząd też jej ulega. Dziś sprytnie wykorzystał zamieszanie na Krakowskim Przedmieściu do wprowadzenia podwyżki podatków. Ekipa Tuska podjęła tę decyzję, choć wcześniej obiecywała – jak przystało na liberałów – podatki obniżać, a finanse publiczne reformować.
Gdy patrzę na poczynania naszej elity politycznej – oczywiście jeśli „elita polityczna”, to nie oksymoron – to zaczynam być naprawdę dumny, że skreśliłem w wyborach wszystkich. Towarzyszy mi też pewne uczucie z dzieciństwa. Kiedy byłem małym chłopcem i ktoś mnie zapytał, kim chciałbym zostać, gdy dorosnę, bez wahania odpowiadałem, że obcokrajowcem. Teraz znowu zaczynam tak myśleć…
PRZEMYSŁAW PRUCHNIEWICZ
Więcej tekstów
autora na blogu: zgredaktor.pl
Dodaj artykuł do: