Komentarze

Widział lwowski cud (wideo)
Mimo wysokiej inteligencji u wielu zydow, jest u tej nacji pewna slabosc, pewien brak racjonalizmu w dzialaniu. Mam na mysli to, ze zydzi nic nie ucz...
Więcej...

Bezdomni też ludzie
Średni IQ ćwoka z PiS-u wynosi 95,2. Wyborca PO jest lepszy bo jego wynik to 97,5. A oto ostatnie pełne dane z roku 2010: Narodowy Test Inteligen...
Więcej...

Czekają na odszkodowanie za ziemię
I niech czekają.Ciekawe ,że z pośród 300 rolników "aż" 13 niezadowolonych.Jak im pieniędzy za mało niech państwo da im tyle gruntu co zabrało.Ciekawe ...
Więcej...

Jubileusz PL Drukuj Email
Zbrodnia w hurtowni Ewax
17.12.2009.
ImageWracamy do jednej z najokrutniejszych historii kryminalnych w Lesznie.

 

Sierpień 1992 rok. Smakujemy kapitalizm. W mięsnych jest mięso, w sklepach rtv telewizory, na chodnikach na łóżkach polowych jest wszystko. Ludzie robią pieniądze. W Lesznie dla pieniędzy ukraińska mafia zabija dwóch mężczyzn.

W ostatnich dniach sierpnia 1992 roku o Lesznie jest w ogólnopolskich mediach głośno.

– Bo to było pierwsze w Polsce morderstwo z ukraińską mafią w tle  – wspomina Jagienka Wilczak, wtedy reportażystka tygodnika Polityka, obecnie szefowa działu ludzie i obyczaje tego pisma. – Do tego czasu o mafii mówiono, ale z przymrużeniem oka. Określenie mafia rozumiano zresztą inaczej niż dzisiaj. Trochę się podśmiewano, że niby po co miałaby przenikać do Polski. A tu nagle pojawia się informacja, że ukraińska mafia zamordowała w Lesznie dwóch ludzi rabując im ogromne pieniądze. Wsiadłam w pociąg i pojechałam do Leszna,  nie wiedząc, jak bardzo mnie wciągną te wydarzenia.

Sprawa jasna od początku

To nie była policyjna łamigłówka. Odtworzenie przebiegu wydarzeń policji zajęło kilka dni. W piątek, 21 sierpnia 1992 roku do leszczyńskiej hurtowni Ewax  przyjechało z  Rzeszowa dwóch ludzi w dostawczym mercedesie. To Wojciech Pyziak i Eugeniusz Barandowski. Obaj pracują dla rzeszowskiego przedsiębiorcy. W Lesznie mieli sfinalizować duży interes: odebrać partię magnetowidów. Mają ze sobą pieniądze. Kwotę, jak na owe czasy, dużą: 1,9 miliarda starych złotych (obecnie 190 tys. zł).    Kiedy nie wracają z  towarem do Rzeszowa, ich pracodawca powiadamia policję i  jedzie do Leszna. Po drodze, na przedmieściach Wrocławia zauważa porzuconego mercedesa. Wewnątrz są ślady krwi, igliwie, ziemia.

Właścicielem leszczyńskiej hurtowni Ewax jest 28-letni Damian Ciesielski. Znany policji z niejasnych interesów. Wiadomo, że ma wiele długów i wielu wierzycieli. 1,9 miliarda złotych to dla niego dobry motyw morderstwa. Ciesielski od razu staje się głównym podejrzanym.

– Przesłuchiwaliśmy go całą noc – wspomina Tadeusz Pauli, wówczas funkcjonariusz, a potem szef dochodzeniówki Komendy Wojewódzkiej Policji w  Lesznie. – Od razu opowiedział nam, jak było.

Nie było żadnych magnetowidów. Był plan, by zwabić kogoś z pieniędzmi i obrabować. I byli jeszcze czterej Ukraińcy, którzy pracowali u Ciesielskiego.  Ukraińców podesłał mu znajomy przedsiębiorca, właściciel firmy detektywistycznej  z Gorzowa. W Lesznie robią za ochroniarzy. Nazywają się Jurij Budko, Witalij Gałuszko, Leonid Mogiłow i Sergiej Sergiejew. Trzej to byli żołnierze: Budko i Mogiłow z marynarki wojennej, Gałuszko z oddziałów specjalnych w Afganistanie. Wszyscy czterej są wysportowani: trenują boks, judo, karate.  Mieszkają w  Winnicy na Ukrainie. Przywódcą jest Sergiejew.

– Siergiejew był regionalnym mafioso – opowiada Marek Śmigaj, wtedy prokurator prowadzący śledztwo, dziś radca prawny. – Miał wyraźną władzę nad pozostałymi,  lgnęli do niego, jak do ojca chrzestnego. Potem dowiedzieliśmy się, że miał niezwykły posłuch w półświatku w Winnicy i ponoć twardą rękę w tych rządach.

To on wymyślił napad, a Ciesielski zwabił rzeszowian. W hurtowni Ukraińcy obezwładnili mężczyzn (bili ich ceramicznym dzbankiem do wody i drewnianą pałką), zabrali pieniądze, obu zawinęli w dywan i wywieźli  mercedesem z Leszna. Właściwie od początku policjanci są pewni, że obu zamordowano, ale nie udaje się odnaleźć ciał:

– A nie szczędziliśmy wysiłków – wspomina Pauli. – Udało się nawet do poszukiwań sprowadzić helikopter z kamerą termowizyjną. Bez efektu.

Policja wie, że Sergiejew w porozumieniu z Ciesielskim, ale w tajemnicy przed kolegami, zabrał tylko dla siebie 400 mln zł. Resztę dzielili po połowie. Ciesielski, nim zostanie schwytany przez policję, zdąży spłacić niektóre długi. Ale sprawa jest trudna, bo  nie ma ani ciał ofiar, ani  Ukraińców, którzy zdążyli uciec na Ukrainę.

– Szanse na pozytywny wynik śledztwa były znikome, bo wszystko opierało się tylko o protokoły wyjaśnień Damiana C., który miał przecież hipotetyczny interes w obciążaniu Ukraińców – mówi Śmigaj. – Jedyną szansą była konfrontacja. Niby proste, ale Polak był tymczasowo aresztowany, a po tamtej stronie była zorganizowana grupa zdecydowanych na wszystko komandosów. Na dodatek Ukraina była dopiero co powstałym państwem z całymi obszarami pozbawionymi regulacji prawnych, w tym w zakresie współpracy międzynarodowej.

Gdyby nie dziennikarska pomoc

To wtedy wir wydarzeń coraz głębiej wciąga red. Jagienkę Wilczak. Detektyw z Gorzowa, ten, który przysłał Ciesielskiemu Ukraińców do pracy i który przez to stał się jednym z  podejrzanych, proponuje jej wyjazd na Ukrainę. Chce jechać schwytać bandytów. Dziennikarka daje się namówić i jedzie razem z nim:

To była wyprawa na skraju szaleństwa – wspomina redaktor Wilczak. – Na Ukrainie panował jeszcze chaos, a my pojechaliśmy z kserokopią listu gończego  wystawionego przez polską prokuraturę.  Ale pojechałam. Ja jestem z pokolenie reportażystów, którzy reportaż muszą wychodzić, a nie wyklikać w internecie.

Po tym wyjeździe (bezowocnym), były kolejne. Tylko dzięki nim ukraińscy milicjanci zdołali zatrzymać w Winnicy Budkę, Mogiłowa i Gałuszkę. Wkrótce leszczyńska sprawa morderstwa  dwóch mieszkańców Rzeszowa stała się precedensem w oficjalnych kontaktach Polski z  Ukrainą.

W pewnym momencie redaktor Wilczak, którą uważałem wtedy za wyjątkowo wścibską dziennikarkę z marnym pojęciem o realiach, zapytała wprost: To dlaczego pan, panie prokuratorze nie pojedzie z Damianem C. na Ukrainę? – mówi Marek Śmigaj. – Idiotyczne pytanie, pomyślałem, ta baba nie ma pojęcia o czym mówi. Ale to pytanie nie dawało mi spokoju. Próg był nie do przeskoczenia przeze mnie, ale Jagienka Wilczak zadeklarowała, że postara się pomóc. Za jej sprawą ruszyła machina kontaktów międzynarodowych. W moim przekonaniu ona jest głównym współtwórcą tego, iż zagadkę udało się rozwiązać.

Prokurator Śmigaj dwa razy jeździł do Winnicy. Opowiada:

– W czasie pierwszego wyjazdu prokurator Tkaczuk w Winnicy, który tak naprawdę był kolejarzem, a którego partia skierowała do prokuratury, przed odwiezieniem nas do hotelu podszedł do swojej wielkiej, metalowej szafy. Rozsunął akta ukazując piętrowo ułożone pęta kiełbasy, policzył ilu nas wszystkich jest, po czym odmierzył dla każdego na szerokość dłoni, odłamał i wielki kiełbasiany zwój wrzucił do mojej torby. Następnie rozsunął akta na niższej półce i dołożył do tego butelkę czy dwie samogonu.

Konfrontacja

Aby mogło dojść na Ukrainie w Winnicy do konfrontacji Damiana Ciesielskiego ze wspólnikami powołano się na umowę między Polską i ZSRR z 1957 roku, co najlepiej świadczyło o sile wsparcia dla tej sprawy ze strony naszych władz i dobrej woli władz niepodległej już przecież Ukrainy.

– Blisko 300 km od granicy jechaliśmy radiowozem skuci z Damianem Ciesielskim kajdankami – wspomina Śmigaj. – Najzwyczajniej bałem się, że za następnym zakrętem będzie kolczatka, paru facetów w kominiarkach i z kałasznikowami i tak się skończy ta historia. To byłby najbezpieczniejszy scenariusz dla tych bandytów. W końcu jechał z nami jedyny człowiek, który widział, co się stało i jeszcze żył.

Do konfrontacji jednak doszło, choć tylko z  trzema Ukraińcami: z Budką, Mogiłowem i Gałuszką. Siergiejew uciekł. Ta konfrontacja była przełomem w sprawie. To wtedy Ukraińcy dowiedzieli się, ile naprawdę pieniędzy zabrał Sergiejew i że ich oszukał. Opowiedzieli, jak Sergiejew zadzierzgnął pętle na szyi obu mężczyzn i jak dobił nożem ruszającego się jeszcze Wojciecha Pyziaka.

Męska rozmowa

– W sierpniu 1993 roku udało się sprowadzić tych Ukraińców do Leszna – wspomina Tadeusz Pauli. – Mieli zostać przesłuchani jako świadkowie i wskazać, gdzie ukryli zwłoki. Żaden z naszych zakładów karnych nie chciał ich przyjąć. Woziliśmy ich więc po izbach zatrzymań w komendach w Gostyniu, Kościanie i Lesznie. W każdej  po 48 godzin.

W lesie rydzyńskim znowu ruszyły poszukiwania. Ukraińcy kluczyli, nie chcieli współpracować, mylili tropy. Z Ukrainy przyjechał też prokurator Nikołaj Drobiniak.  Było wiadomo, że w aktach ma plan sytuacyjny naszkicowany przez Mogiłowa podczas przesłuchania na Ukrainie, ale z jakichś względów zwlekał z pokazaniem go naszym.

To było bardzo gorące lato, nie było czym oddychać – relacjonuje wspomina Pauli. – Po dniach poszukiwań przeprowadziłem z nim męską rozmowę w lesie. Pamiętam, co powiedziałem, ale tego nie powtórzę. Nazajutrz prokurator Drobiniak pokazał nam ten plan. Zwłoki były ukryte dalej, w lasku obok drogi z Kłody na Górę.

Jagienka Wilczak śledztwo w sprawie morderstwa w Lesznie opisała w książkowym reportażu „Musicie zabić”. ,,Najpierw ukazał się prawy półbut: ciemny mokasyn ze skóry, ozdobiony frędzlami. Mokry, ale cały, nawet nie odlazła podeszwa. Co zostaje z człowieka – pomyślałam. – Buty”. Tak się zaczyna. To pasjonująca lektura.

Ta historia miała oczywiście ciąg dalszy i kolejne precedensy. Prokurator Jerzy Maćkowiak, wtedy i obecnie szef Prokuratury Rejonowej w Lesznie oskarżał w procesie Damiana Ciesielskiego (Marek Śmigaj jeszcze przed procesem odszedł z zawodu).

– Równolegle odbyło się też wtedy, w sali Sądu Okręgowego w  Poznaniu, chyba jedyne w historii  wyjazdowe posiedzenie sądu ukraińskiego – wspomina Maćkowiak. – W sali powieszono nawet ukraińską flagę. W procesie Damiana C. ci ukraińscy sędziowie siedzieli w ławach dla publiczności i słuchali zeznań Ukraińców, którzy w naszym procesie byli świadkami, a w ukraińskim oskarżonymi. Przedziwna sytuacja.

Sergiejew na wolności   

Damian Ciesielski skazany został na 15 lat więzienia, podobnie jak trzej ukraińscy wspólnicy. Kary  uniknął natomiast Sergiej Sergiejew. W marcu 2009 roku Rzeczpospolita napisała, że został zatrzymany pod Petersburgiem  przez rosyjskie służby specjalne, a tamtejsza prasa rozpisywała się, że jest podejrzany o zamordowanie w 1992 roku w  Lesznie... krewnego Lecha Wałęsy.

– To plotka – tłumaczy Jagienka Wilczak. – Po prostu przyjazd na konfrontację zbiegł się z wizytą w Winnicy Lecha Wałęsy. Podczas przesłuchania zatrzymanych prokurator Drobiniak wymyślił, że Wałęsa przyjechał w sprawie tego morderstwa, a oni uwierzyli. Stracili nadzieję , że uda im się wywinąć.

Sergiej Sergiejew chyba nieprędko stanie przed sądem.    

– Po jego zatrzymaniu Ukraina starała się w Rosji o ekstradycję, ale nieskutecznie i został wypuszczony – mówi nadinspektor Waldemar Jarczewski, obecnie  zastępca komendanta głównego policji, a w 1992 roku szef dochodzeniówki KWP w  Lesznie. W latach 2007-2009 był oficerem łącznikowym polskiej Policji w  Kijowie.

Najgłośniejsza leszczyńska sprawa kryminalna lat 90. XX wieku wciąż jeszcze nie doczekała się zakończenia, choć w Lesznie już mało kto ją pamięta. W budynku przy ul. Dąbrowskiego, w której mieściła się hurtownia Ewax, są teraz mieszkania.  Pomieszczenie, w którym Ukraińcy obezwładnili rzeszowian, przerobiono na kuchnię.


Arkadiusz Jakubowski /fot.S.Skrobała


PS Korzystałem z książki ,,Musicie zabić”, Jagienki Wilczak, wydanej przez Wydawnictwo Aneks Polityka w 1994 roku.

Dodaj artykuł do:



RSS komentarzy

Napisz komentarz

Komentarze naruszające netykietę i regulamin portalu będą usuwane. Przeczytaj nasz regulamin

Imię:
Tytuł:
Komentarz:



Kod antyspamowy:*CAPTCHA Image
[ Inny obrazek ]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Aktualności

Sonda

Przez mrozy:
Advertisement

KUP E-WYDANIE NASZEGO TYGODNIKA!

Image

DODATEK ROLNICTWO

Image

Copyright © 2005 - 2011 Panorama Leszczyńska        Opracowanie strony: NewsNet        Grafika: webSylium                                 Serwer: Logo EasyWWW